31 sie 2014

Podsumowanie - 08/2014


Przyglądając się zdjęciom podsumowującym dany miesiąc, czasem dochodzę do wniosku, że powinnam była założyć bloga o jedzeniu. Przecież robię tyle innych rzeczy, a koniec końców na Instagramie najczęściej ląduje zdjęcie posiłku. Nie wiem, co jest ze mną nie tak ;-) Sierpień to w dużej mierze sporo jedzenia, równie dużo sportu (tylko dlaczego tego pierwszego wydaje się być więcej?!), świętowanie urodzin przyjaciółki i krótka wizyta w Andaluzji. Powiedzcie mi... to, że jutro zaczyna się wrzesień wcale nie znaczy, że lato się już kończy. Prawda?!



Dobra, miejmy to z głowy. Wyjdę w sierpniu na jedzeniowego freaka, ale kto mieszka w Warszawie ten wie, jak trudno powstrzymać się od odkrywania nowych knajp serwujących wyśmienite jedzenie, wyrastających z prędkością grzybów po deszczu. Co miesiąc przeznaczam niewielką sumę na poznawanie lokalnych smaków, bo siedzenie w domu w weekend doprowadziłoby mnie do szaleństwa ;-)


Początek sierpnia przywitałam wielgachnym śniadaniem serwowanym w barStudio, czyli barze będącym częścią Teatru Studio w samym sercu stolicy. Co niedzielę serwuje się tam pyszne śniadania na zasadzie szwedzkiego stołu. Za większość dodatków płacimy na podstawie wagi, warzywa i świeżo wypieczony chleb dostajemy gratis. Budzący się do życia upał, widok na Pałac Kultury i turystów z daleka robiących zdjęcia "na pamiątkę z Polski", a do tego miła muzyka dobiegająca ze środka baru to przepis na idealny poranek. Czasem zastanawiam się jak to możliwe, że jestem w stanie wepchnąć w siebie rano tyle jedzenia: grillowane warzywa, dwa rodzaje hummusu, twaróg, faszerowany pomidor, sałatka z kozim serem, kilka kromek żytniego chleba i na "deser" - jogurt z miodem, duszoną morelą, migdałami i lawendą. Potem przez pół dnia nie mogę się ruszać, ale tłumaczę to sobie tym, że nie jadam kolacji i ćwiczę. Nie przekonują mnie moje własne tłumaczenia...


Kik Fit-Bar to kolejne fajne, niedawno otworzone miejsce. I tym razem nie musiałam jechać na drugi koniec miasta, żeby coś przekąsić, bo otworzył się w moim sąsiedztwie. Wyglądem przypomina małą amerykańską knajpkę z fast-foodem sprzedawanym leniwym kierowcom podjeżdżającym do okienka po swoją należność. Nic bardziej mylnego! Już samo słowo "fit" w nazwie sugeruje, że na fast-food nie ma co liczyć. No chyba, że bez mięsa i serwowany na liściu sałaty zamiast w grubej bułce. Porcje nie są największe, ale to bardzo dobry wybór jeśli chcemy zainspirować się zdrową kuchnią. A już najciekawszy jest chyba właściciel, prawdopodobnie Amerykanin, pytający każdego gościa czy smakuje mu wybrane danie, wdający się w żywe dysputy z klientami i jeżdżący wielkim Land Roverem.


El Caribe świętowaliśmy urodziny mojej przyjaciółki, Marysi. Złamałam swoją zasadę niejedzenia nie-tak-całkiem-zdrowych-rzeczy, bo gdy na stole pojawiły się chipsy z platanów (rodzaj banana), a potem frytki z juki i batatów serwowane w towarzystwie guacamole, nie byłabym sobą gdybym powiedziała: och, wygląda ciekawie, ale nie, dziękuję - nie mam ochoty spróbować ;-) Ściany restauracji pokrywają dziesiątki napisów pozostawionych w podzięce za dobre jedzenie. My skorzystaliśmy z okazji upamiętniając życzenia dla solenizantki tuż obok wielkiego sombrero.


O odwiedzeniu Bibendy myślałam już długo, ale wciąż nie było mi po drodze. Wczoraj postanowiłam zaszaleć pod koniec miesiąca (kto pracuje, ten na pewno zna syndrom "końca miesiąca", gdy lodówka pustoszeje, a jedyną dostępną rozrywką pozostaje oglądanie filmów w domu ;-)), zwłaszcza, że obiad tym razem był miłym prezentem. Bibenda serwuje dania oparte o sezonowe składniki, dlatego z nieukrywaną radością spróbowałam nadziewanych kozim serem, bazylią i miętą kwiatów cukinii (tu akurat wyglądają jak udka z kurczaka) i pieczonej z kozim serem, kolendrą i limonką kukurydzy. Dwa lata temu miałam na punkcie kukurydzy prawdziwego hopla, w tym roku mi się o niej zapomniało, więc muszę koniecznie nadrobić zaległości.


Na zakończenie miesiąca (czyt. dzisiaj) postanowiłam wprowadzić w domu nową świecką tradycję czyli wypasione niedzielne śniadania, nie urągające pod kątem wizualnym i smakowym tym, które możemy zjeść w najpopularniejszych warszawskich śniadaniowniach. Były parówki sojowe (przynajmniej u mnie), jajecznica z chilli i bazylią, sałatka caprese, twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem, dwa rodzaje sera, oliwki i warzywa. Mimo, że śniadanie zjedliśmy przed 10.00, aż do godz. 15.00 czułam się jakbym dosłownie przed chwilą zjadła podwójną porcję obiadu. Lekcja na przyszłość: robić połowę mniej! No, chyba, że ma się gości. Kto reflektuje? ;-)




Aż wstyd o tym pisać, ale nie biegałam od prawie trzech tygodni. Przede wszystkim ze względu na pogodę (a to zła wymówka, u biegaczy nie przejdzie). Mimo, że nadrabiałam ćwiczeniami w domu po których pot lał się strumieniami, doprowadziłam się do takiego stanu, że po czwartkowym wyjściu na 10-kilometrową przebieżkę dostałam okropnych zakwasów. Wczoraj utykałam jak paralityk i nie byłam w stanie wykonać najprostszych ruchów. Zamiast się poddać i rzucić na kanapę przypomniałam sobie, że dobrym sposobem na zwalczenie bólu mięśni jest pójście... na kolejny trening. Wczoraj pobiegłam ponad 11 kilometrów. Ciało chciało więcej, ale nogi stanowczo protestowały. Tęskniło mi się za bieganiem!


Po 5 miesiącach ćwiczeń ma macie zdecydowałam się na kupno odpowiednich butów i stroju. Wcześniej ćwiczyłam w "najkach", w których chodzę na co dzień i męczyło mnie wieczne czyszczenie butów pod prysznicem. Zainwestowałam w pełen zestaw i od razu trenuje się przyjemniej! Buty Nike Free Cross Bionic kupiłam na wyprzedaży. Mają cienką podeszwę i bardzo  dobrze trzymają się stopy. Sprawdzają się w ćwiczeniach, gdzie każdy dodatkowy ciężar w postaci obuwia zamiast pomagać - przeszkadza i zwiększa dyskomfort.




Jak pewnie większość z Was wie, w sierpniu wybrałam się na kilkudniowy wypad do Andaluzji. Właśnie pracujemy nad relacją z wyjazdu, więc na pewno wspomnę o niej jeszcze na blogu. Odwiedziliśmy Malagę, Rondę z przepięknym zbudowanym nad przepaścią El Tajo mostem i Sewillę. Po przyjeździe tempo zwiedzania uznałam za zabójcze i już teraz mogę podzielić się "złotą myślą" - nie próbujcie zwiedzać 3 miast w 3 dni! Uczcie się na cudzych błędach, którzy jak zwykle chcieli zobaczyć zbyt dużo w krótkim okresie czasu ;-)




Malaga szykowała się na 9-dniowe świętowanie, a tam gdzie gwar i alkohol leje się strumieniami (no, prawie...), tam nie mogło zabraknąć kapitana Jacka Sparrowa! Gdy zauważyłam go w tłumie ludzi, zachowującego się i wyglądającego (!!!) dokładnie jak Johnny Depp z miejsca zapragnęłam zrobić sobie z nim zdjęcie na pamiątkę. Zabawa była przednia! Jako najlepszy agent w sieci, szybko wyśledziłam naszego nowego kolegę i dowiedziałam się, że jest z Argentyny, a przebieranie się za Sparrowa traktuje jako sposób na dodatkowy zarobek. Nie wiem, czym zajmuje się na co dzień i czy zamierza wracać do domu, ale jedno jest pewne - dodaje kolorytu hiszpańskim ulicom. ARGGG!

27 sie 2014

Marzenia? Nie marnuj ich i nikomu nie oddawaj!


Mierz wysoko i nastrój się na spełnianie marzeń. A co może może być bardziej inspirującego niż widok ogromnego Nowego Jorku z lotu ptaka? Miasto tak duże jak Twoje marzenia, o którym Alicia Keys z przekonaniem śpiewała, że wszystko jest tu możliwe. Miej wielkie marzenia i nie daj sobie wmówić, że czegoś Ci brakuje, aby zacząć dążyć do ich realizacji.


24 sie 2014

Videorelacja z pobytu w Grecji


Mimo, że w Grecji byłam niemal półtora miesiąca temu, w końcu udało nam się skończyć pracę nad drugim filmem z wyjazdu. Było dużo śmiechu, trochę złości i dziesiątki poprawek. Mam nadzieję, że dzięki niemu choć na chwilę poczujecie leniwy śródziemnomorski klimat i z przyjemnością przywołacie swoje wspomnienia z wakacyjnych podróży. Koniecznie obejrzyjcie do samego końca!


Designed by Sally / BWD